czwartek, 26 stycznia 2012
Brawo Królewscy.
Piszę na gorąco, tuż po końcowym gwizdku.
Wspaniały mecz, cudowna batalia dwóch wielkich, wyrównanych drużyn.
Tak dobrze grającego Realu przeciwko tej Barcelonie jeszcze nie widziałem. Cudowny Ozil, znakomity Benzema, waleczny Ronaldo, zrównoważony Pepe... A tak naprawdę cała drużyna zasługuje dziś na brawa. Zabrakło trochę szczęścia i uważniejszego (lepszego?) sędziego. Czerwona kartka dla Ramosa z kapelusza (to już któryś Oskar dla Busquetsa za piękną grę cierpiętnika), nieuznana bramka dla Realu przez... (chyba aktorski pad Alvesa we własnym polu karnym), dyskusyjna interwencja Puyola na Benzemie... Szkoda słów.
Mimo odpadnięcia, dziękuję Wam Panowie, za znakomite spotkanie i walkę od pierwszej do ostatniej minuty. Za podniesienie się przy beznadziejnym, wydawałoby się, 0:2 do przerwy. Za grę skuteczną i przyjemną dla oka zarazem.
Można z Barcą zagrać ofensywnie i powalczyć? MOŻNA!!!
Mam nadzieję, że takie wnioski wyciągną zawodnicy, a może przede wszystkim Jose Mourinho.
Barcelonie i jej kibicom gratuluję awansu.
P.S. A Liverpool wyszarpał remis z Man City i zagra w finale Carling Cup! Gratulacje The Reds:)
P.P.S. Szkoda szczypiornistów, ale im poświęcę oddzielną notkę w najbliższych dniach.
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Szczypiorniści nadal w formie.
Nie chodzi mi jednak wyłącznie o tę sportową, co do której chyba nikt nie ma wątpliwości. W końcu zdobyć trzy punkty na Skandynawskich potęgach, Szwecji i Danii, to naprawdę godne podziwu osiągnięcie. Ja skupię się raz jeszcze na kwestii, którą poruszyłem już w poprzedniej notce.
Przy tamtej okazji, swoiste, sportowe rozdwojenie jaźni, zaprezentowali Polacy na dystansie dwóch spotkań. Teraz postanowili pójść o krok dalej i obie twarze ukazać w ramach jednego meczu. Przeciwko Danii, nie było to jeszcze może ewidentne, bo fenomenalną drugą połowę poprzedziła, co najwyżej przeciętna, pierwsza. Ale już przeciwko ekipie Trzech Koron syndrom Dr Jekylla i Mr Hyde’a ujawnił się w całej okazałości. O pierwszych 30 minutach sobotniego meczu chyba wszyscy chcieliby jak najszybciej zapomnieć. Bo biało-czerwoni zagrali naprawdę fatalnie, pod każdym względem. W drugiej części znów zobaczyliśmy Polski zespół z innej planety. Szybki, pomysłowy i skuteczny w ataku i to mimo wielokrotnego obijania słupków i poprzeczki bramki Szwedów. A do tego zdeterminowany i twardy w obronie. W efekcie 11-bramkowa przewaga Skandynawów topniała z minuty na minutę, aż wreszcie na nieco ponad 60 sekund przed końcem Polacy „dopadli” rywali. Na wygraną nie starczyło już czasu, ale i tak naszym zawodnikom należą się ogromne brawa. Dzięki remisowi są ciągle w dobrej sytuacji by walczyć o półfinał Mistrzostw Europy. Warto jednak by szczypiorniści, wspólnie ze sztabem szkoleniowym zastanowili się jak w kolejnych spotkaniach uniknąć tych dramatycznych wahań formy i spróbować utrzymać kapitalny poziom gry przez więcej niż 30 minut. Wówczas zarówno Macedonia, jak i Niemcy będą w zasięgu naszej drużyny, a zwycięstwa odniesione w tych meczach powinny dać Polakom awans do najlepszej czwórki.
Lizanie ran po El Clasico.
Po środowej porażce Realu z Barcą w hiszpańskich mediach rozpętała się prawdziwa burza. Poszczególne tytuły, obok tekstów potępiających zachowanie Pepe (na co ten akurat stanowczo załużył), prześcigały się w doniesieniach o rzekomym rozłamie wewnątrz drużyny, skłóceniu liderów zespołu z trenerem Mourinho, rosnącej niechęci madridistas to the Special One i innych nieporozumieniach wszelakiej maści.
Nic więc dziwnego, że atmosfera przed niedzielną, ligową potyczką z Athletic Bilbao była co najmniej napięta. Na szczęście drużyna udowodniła, że jest przede wszystkim skupiona na walce o jak najlepsze wyniki, a nieporozumienia, nawet jeśli istnieją, nie wpływają na współpracę poszczególnych graczy i postawę całego zespołu.
W ogóle Los Merengues rozegrali wczoraj jeden z najlepszych meczów w tym sezonie. Baskowie przyjechali na Bernabeu walczyć o zwycięstwo i od pierwszej minuty postawili gospodarzom trudne warunki. To oni objęli też prowadzenie, za sprawą znakomitego Llorente. Ale Real podjął wyzwanie i zareagował tak jak tego oczekiwali kibice. Ustawiona bardzo ofensywnie przez Jose Mourinho drużyna przejęła inicjatywę i po kapitalnej trójkowej akcji Marcelo, Cristiano Ronaldo i Benzemy wyrównała stan gry (gola zdobył ten pierwszy). Tuż po przerwie Królewscy objęli prowadzenie, za sprawą Ronaldo, który wykorzystał jedenastkę (faulowany był Kaka). To jednak nie ostudziło zapędów piłkarzy z Bilbao, nadal ambitnie walczących o korzystny rezultat. Losy meczu rozstrzygnęły się w 67 minucie. Kolejna piękna, szybka akcja Realu przyniosła kolejny rzut karny oraz czerwoną kartkę dla faulującego De Marcosa. Swoją drogą, szkoda, że arbiter nie zastosował przywileju korzyści i nie uznał bramki zdobytej w tej sytuacji przez Benzemę, który wykorzystał podanie faulowanego Özila. Cristiano ponownie trafił z 11 metrów i było po meczu. Nadal jednak obie drużyny starały się atakować i jedna z kontr Realu przyniosła czwartą bramkę, tym razem autorstwa Callejona.
Królewscy wygrali i utrzymali przewagę nad Barcą. Jeszcze bardziej od wyniku cieszy jednak styl w jakim został on osiągnięty. Taka szybka, ofensywna i kombinacyjna gra musi się podobać. Drużyna raz jeszcze pozytywnie zareagowała na niepowodzenie w starciu z Barceloną i przynajmniej na pewien czas uspokoiła atmosferę panującą wokół siebie. Już za dwa dni rewanż na Camp Nou, w którym Real nie ma nic do stracenia i musi walczyć o wygraną. Może warto spróbować zagrać odważniej niż w ubiegłym tygodniu? Ewentualna porażka, poniesiona po dobrym meczu odbije się pewnie lepszym echem wśród madridistas niż np. wymęczony remis przy ultra defensywnej postawie, który i tak skutkować będzie wyeliminowaniem z rozgrywek.
Liverpoolska kompromitacja.
Myślałem, że apatia w rozgrywaniu akcji, połączona z kompletną impotencją strzelecką, skutkujące remisami bądź porażkami z Wigan, Norwich, Stoke, Sunderland czy Blackburn to najgorsze co będę miał okazję zobaczyć w wykonaniu the Reds w tym sezonie.
Myliłem się…
W sobotnie popołudnie podopieczni Kenny Dalglisha zaserwowali na stadionie Boltonu danie tak niestrawne, że do dziś źle mi się robi na jego wspomnienie. Po koszmarnej grze ponieśli jak najbardziej zasłużoną porażkę, z okupującymi w tamtym momencie przedostatnie miejsce w tabeli ligowej, gospodarzami. W grze Liverpoolu nie mogło podobać się nic. Nawet gol Craiga Bellamy’ego nie zmienił tego obrazu nędzy i rozpaczy. W środku pola nie mamy gracza, który potrafiłby umiejętnie połączyć skuteczną grę w destrukcji z kreowaniem akcji ofensywnych i wesprzeć Stevena Gerrarda. W obronie, szczególnie na środku, brakuje pewnie i odważnie grających zawodników. A w ataku „biega” (należałoby raczej powiedzieć, snuje się) nienaładowana strzelba za 35 milionów. Niestety z meczu na mecz wydaje się, że w zespole jest coraz więcej do poprawy. A powinno być chyba odwrotnie…
Co będzie dalej? Chyba nawet Dalglish powoli traci cierpliwość. Może drużynie potrzebny jest jakiś wstrząs? Bo na pewno, niezbędny wręcz jest zastrzyk świeżej krwi. Czy włodarze klubu pójdą po rozum do głowy i zakontraktują kogoś w zamykającym się niedługo oknie transferowym?
czwartek, 19 stycznia 2012
Dr Jekyll and Mr Hyde.
Stworzona przez Roberta Louisa Stevensona postać przypomniała mi się w tym tygodniu przy okazji spotkań naszych szczypiornistów na ME, oraz starcia Realu Madryt z Barceloną w ćwierćfinale Pucharu Hiszpanii.
Dr Jekyll cierpiał, biedaczysko, na rozdwojenie jaźni i podczas gdy on sam był szlachetnym człowiekiem, jego alter ego, Mr Hyde niestety posiadało zgoła odmienne cechy charakteru. W przypadku naszych piłkarzy ręcznych zobaczyliśmy do tej pory jedną taką przemianę i to na szczęście we właściwym kierunku. Po, nie bójmy się tego powiedzieć, ohydnym meczu przeciwko Serbii, przyszedł koncert gry w spotkaniu ze Słowacją. Jasne, że Słowacy, to zespół od gospodarzy turnieju słabszy i że od stanu 16:25 właściwie przestali w meczu z Orłami Wenty walczyć. W niczym nie zmienia to jednak faktu, że Polacy, szczególnie w ataku, zagrali niemal perfekcyjnie. Zarówno akcje przez kołowego, jak i rzuty z drugiej linii, wejścia ze skrzydeł, czy błyskawiczne kontry - we wtorkowe popołudnie Biało-Czerwonym wychodziło wszystko. Dziś arcyważne starcie, z piekielnie trudnym rywalem, jakim są wicemistrzowie świata, Duńczycy. Jeśli Polacy potwierdzą formę z wtorku, to na pewno mają szansę na odniesienie zwycięstwa.
W przypadku Królewskich, niestety, lepszą „osobowość” zespołu oglądaliśmy w pierwszych 45 minutach starcia na Santiago Bernabeu. Los Merengues imponowali rozsądną i szczelną defensywą, a przy nadarzającej się okazji starali się wyprowadzać swoje firmowe, ultraszybkie kontry. Jedna z nich przyniosła bramkę Cristiano Ronaldo. W kolejnych próbach niestety brakowało dokładności w kluczowych podaniach, co powodowało zwolnienie akcji i umożliwiało rywalom ustawienie defensywy i zapobiegnięcie zagrożeniu. W grze obronnej Madrytczyków szczególnym zaskoczeniem In plus był według mnie Hamit Altintop, który po nieco nerwowym początku (nieprzemyślane podania do Ramosa i Casillasa), bardzo dobrze radził sobie z atakującym głównie w jego strefie boiska Andresem Iniestą. Ale i reszta zespołu, włącznie z rekonwalescentem Ricardo Carvalho broniła niemal bez zarzutu. Niestety do czasu… Tuż po przerwie kolejny, bodajże piąty w tym roku, idiotyczny błąd przy stałym fragmencie gry, dał okazję do uderzenia Carlesowi Puyolowi, a ten skwapliwie z niej skorzystał. Bramka dla Barcy spowodowała, że Real z pewnie i skutecznie funkcjonującej machiny, zmienił się niestety znów w niepoukładaną, bojaźliwą zbieraninę piłkarzy, którzy nie mają pomysłu ani sposobu by podjąć walkę z renomowanym rywalem. Poza jedną, kapitalną swoją drogą, akcją, po której Benzema trafił w słupek, podopieczni Mourinho nie pokazali w drugich 45 minutach nic godnego uwagi. Nawet przy stanie 2:1 dla Dumy Katalonii nie potrafili przycisnąć przeciwnika, odebrać mu inicjatywy. W efekcie Barca jest już jedną nogą w półfinale. Szanse bowiem na to, że Real odniesie na Camp Nou dwubramkowe zwycięstwo są niestety iluzoryczne.
A wracając jeszcze do tytułu notki, postać Dr Jekylla/Mr Hyde’a jest tak naprawdę idealną alegorią do wczorajszej postawy Pepe. W pierwszych 45 minutach twardy, ale w granicach rozsądku, zabójczo skuteczny w odbiorze piłki i przerywaniu akcji rywala, imponujący przeglądem pola, uruchamiający akcje ofensywne. W drugiej połowie brutal, skupiony na prowokowaniu graczy drużyny przeciwnej, brzydko i bezsensownie faulujący, także bez piłki. Wizyta u psychologa jak najbardziej wskazana i to jak najszybciej…
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Falstart szczypiornistów, „gniot” Liverpoolu i dreszczowiec Realu – weekend w pigułce:)
Natłok obowiązków nie pozwala mi ostatnio regularnie blogować, więc ostatnie wydarzenia skomentuję nieco hurtowo:) Odpuszczę tym razem naszym siatkarskim klubom, choć, szczególnie Skrze należy się sporo cierpkich słów (nawet nie za samą porażkę, ale styl w jakim została poniesiona).
O kłopotach kadrowych drużyny piłkarzy ręcznych już wspominałem. Ale też wyrażałem nadzieję, że mimo wszystkich przeciwności losu nasi zawodnicy zaprezentują się dobrze na rozpoczętych w weekend mistrzostwach Starego Kontynentu. Póki co nie zanosi się na to. O ile utratę 22 bramek, przy dość przeciętnie grającym bramkarzu, można uznać za wynik dobry i defensywę względnie pochwalić, to niestety nad zdobyczą 18(!!!) bramek w ataku można jedynie załamać ręce. Tym bardziej, że akcje Polaków momentami wyglądały jakby gracze w biało-czerwonych koszulkach spotkali się wczoraj po raz pierwszy: mnóstwo niedokładnych podań, nieporozumień przy rozegraniu, czy nawet wymianie pozycji. Do tego wszystkiego dochodziło ślamazarne tempo akcji. Nic więc dziwnego, że długimi fragmentami Serbowie nie mieli żadnych problemów ze skutecznym zatrzymywaniem Polaków. W efekcie najbliższy, wtorkowy mecz ze Słowacją, jest już tzw. „meczem o wszystko”, bowiem porażka niemal na pewno eliminuje drużynę Bogdana Wenty z turnieju. Nasi gracze zapowiadają stanowczą poprawę i walkę do samego końca, a nam pozostaje trzymać kciuki.
W Hiszpanii wszyscy już żyją środowym El Clasico w ¼ finału Copa del Rey, tymczasem weekend przyniósł niezwykle emocjonujące starcia zarówno lidera jak i wicelidera ligi (odpowiednio z Realem Mallorca i Betisem Sewilla). Królewscy bardzo męczyli się w sobotni wieczór na Balearach. Gospodarze grali naprawdę bardzo mądrze, rozbijając niemal w zalążku akcje Los Merengues, a od czasu do czasu sami dosyć groźnie atakowali. Taka postawa przyniosła owoce w postaci bramki Hemeda. Co prawda Real tuż przed przerwą mógł wyrównać (słupek po strzale Ramosa), ale tak naprawdę gracze Mallorki zasługiwali na prowadzenie po pierwszych 45 minutach. W drugiej połowie obraz gry uległ zmianie. Real przejął kontrolę nad wydarzeniami, choć długo nie przekładało się to na zmianę rezultatu. Wreszcie w 73 minucie trafił Higuain po pięknym podaniu Ozila. Chwilę później drogę do siatki znalazł Ramos, ale znajdował się na spalonym. Wreszcie w 85 minucie kanonadę na bramkę gospodarzy skutecznym strzałem zakończył Callejon po czym utonął w ramionach uradowanych kolegów. Real uratował zwycięstwo i 5-punktową przewagę nad Barcą. Niestety styl w jakim Królewscy odnieśli zwycięstwo kolejny raz daleki był od tego co drużyna Mourinho prezentowała na w październiku i listopadzie 2011. To nie wróży najlepiej przed zbliżającym się starciem z najgroźniejszym rywalem. Jeśli chcemy poszukać pozytywów to na pewno rosnąca forma Mesuta Ozila jest jakimś promykiem nadziei. Cieszy też, że do zdrowia wrócił Angel di Maria. Ciągle dobrą formą imponują obaj napastnicy (Benzema i Higuain). Ale poza tym powodów do optymizmu brakuje, szczególnie, że stanowiąca dotychczas niezniszczalny niemal monolit defensywa ostatnio popełnia sporo prostych błędów. Czy w środowy wieczór na Bernabeu Real wzniesie się na wyżyny umiejętności i rzuci wyzwanie Barcelonie? Zobaczymy...
A na koniec jeszcze parę słów o Liverpoolu. Choć równie dobrze mógłbym tu przekleić którąkolwiek z poprzednich dwudziestu notek o The Reds. Bo znów muszę napisać to samo. Po niezłym (szczególnie w pierwszej połowie) spotkaniu z Manchesterem City w Pucharze Ligi, zakończonym bezcennym zwycięstwem 1:0, przyszło kolejne żenujące 0:0 w lidze, tym razem ze Stoke City. Niestety, dopóki nie wróci Luis Suarez, chyba nie ma co liczyć, że Liverpool będzie zdobywać jakiekolwiek bramki, bo na chwilę obecną nie posiada innych napastników, a nie w każdym meczu uda się wywalczyć rzut karny, który mógłby celnym strzałem zamienić na gola Steven Gerrard. Dirk Kuyt już od kilku lat udowadnia, że może być przydatny drużynie na sto tysięcy innych sposobów, ale nie jako snajper, a zamiast Andy’ego Carrolla Kenny Dalglish mógłby spokojnie wystawić w ataku szafę trzydrzwiową. Efekt byłby ten sam, tyle, że szafa nie kosztowałaby klubu tyle co były gracz Newcastle. Na szczęście kara dla Urugwajczyka dobiega powoli końca, więc może jeszcze na Anfield zaświeci słońce.
środa, 04 stycznia 2012
Noworoczne nadzieje.
Jako, że nastał nowy, 2012 rok, postanowiłem zrobić moją prywatną listę sportowych marzeń na nadchodzące 12 miesięcy. Zobaczymy ile (i czy jakiekolwiek z nich) się spełni.
1. Medal siatkarzy na IO.
Nie ukrywam, zeszłoroczną postawą narobili mi nasi zawodnicy wielkiego apetytu na pierwszy od 36 lat olimpijski medal w mojej ukochanej dyscyplinie sportu. Pod wodzą Andrei Anastasiego z każdego turnieju (LŚ, ME, PŚ) przywozili krążki, póki co srebrny i dwa brązowe. A co najważniejsze z każdym turniejem prezentują się coraz lepiej i zdają się być w stanie skutecznie walczyć z każdym rywalem na świecie. Włoski trener, nie dość, że wkomponował do drużyny nowych siatkarzy (Kubiak, Wiśniewski, Kosok), to jeszcze "odkurzył" ze znakomitym skutkiem Łukasza Żygadłę, pomógł ponownie odnaleźć się Marcinowi Możdżonkowi i Michałowi Winiarskiemu (po koszmarze MŚ 2010) i na dodatek pokazał, że z Bartmanem i Jaroszem w ataku nie musimy już tęsknym wzrokiem wypatrywać Mariusza Wlazłego. A przy tym wszystkim jeszcze zadbał o odpowiednią atmosferę i ducha walki. Tą drużynę naprawdę stać na wielkie sukcesy. Czas udowodnić swoją wartość w najważniejszych rozgrywkach czterolecia.
2. Dobry, albo chociaż przyzwoity występ piłkarzy na ME.
Nie będę tu pisał mrzonek o medalu. Z drugiej strony skoro Grecja w 2004 mogła to czemu by nie...:) Jednak trzeźwo oceniając sytuację i wierząc, że Lewandowski, Błaszczykowski, Piszczek, Wasilewski i Szczęsny trafią z formą, a reszta drużyny zostawi na boisku serce, płuca itp. liczę na wyrównaną walkę we wszystkich trzech grupowych meczach (a już stanowczo z Grecją i Czechami), co przy odrobinie szczęścia mogłoby dać awans do 1/4 finału. Tam najpewniej Orły Smudy trafią na Niemcy bądź Holandię... Obyśmy doczekali tego spotkania.
3. Real Madryt z jednym z najcenniejszych trofeów.
Przez najcenniejsze w przypadku drużyn z Hiszpanii rozumiem triumf w La Liga, bądź Lidze Mistrzów. O obronienie Pucharu Króla będzie piekielnie ciężko. Po pierwsze Real na razie męczy się w 1/8 finału z Malagą (wielkie brawa za wspaniałą 2-gą połowę wczoraj i odwrócenie wyniku z 0:2 na 3:2) i nie wiadomo czy awansuje dalej. Po drugie w 1/4 czeka Barcelona, a wygranie z nią dwumeczu na chwilę obecną może być wciąż ponad siły Królewskich. Liga to zupełnie inny temat. Jeśli Real utrzyma w niej wysoką formę, to nawet porażka w El Clasico może nie przeszkodzić w powrocie na mistrzowski tron. Poza tym, może podopieczni Mourinho w końcu zdołają znaleźć receptę na Dumę Katalonii, czy to w La Liga, czy w Champions League (bo niewykluczone, że i w tych rozgrywkach los skrzyżuje ścieżki obu zespołów).
4. Awans na IO i dobry występ piłkarzy ręcznych.
Po tłustych latach 2007-2010 ostatnio nasza drużyna narodowa notuje pewien spadek formy. Wiąże się to głównie z powolnym zbliżaniem do wieku emerytalnego gwiazd drużyny, kłopotami ze zdrowiem tych młodszych filarów i brakiem odpowiedniej ilości wartościowych zmienników. Czy trener Bogdan Wenta będzie w stanie z dostępnego mu materiału uformować zespół wystarczająco silny by zakwalifikował się na Igrzyska? Mimo wszystko wierzę, że tak. Pierwszym sprawdzianem i zarazem szansą by kwalifikację wywalczyć będą niedługo rozpoczynające się Mistrzostwa Europy.
5. Justyna Kowalczyk triumfująca w Tour de Ski i/lub Pucharze Świata.
Wiem, że Marit Bjoergen jest piekielnie silna. Wiem, że również Therese Johaug biega znakomicie. Wiem, że Justyna ma kłopoty z kolanem. Ale jej występy w ostatnim czasie, a w szczególności w trwającym obecnie Tour de Ski pozwalają mieć nadzieję, że trzeci raz z rzędu zdoła zwyciężyć w tym prestiżowym , dziewięciowyścigowym cyklu, a być może nawet odrobić stratę do liderek w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Oby tylko zdrowie jej pozwoliło.
6. Worek (no, może woreczek) medali naszych sportowców na IO.
Ostatnimi czasy ilekroć nasi letni olimpijczycy wyruszali na igrzyska zapowiadano wysyp krążków z wszelakiego kruszcu. Rzeczywistość niestety najczęściej była dużo mniej imponująca niż wcześniejsze przewidywania mimo tego, że trafiali się w naszej ekipie multimedaliści jak Robert Korzeniowski czy Otylia Jędrzejczak. Tym razem chciałbym by naszym sportowcom udało się choć w 50-60% zrealizować olimpijskie plany i medalowe nadzieje. Lekka atletyka, wioślarstwo, kajakarstwo, żeglarstwo, pływanie, szermierka, podnoszenie ciężarów - myślę, że tu możemy liczyć na najwięcej. Do tego dochodzą wybitne indywidualności w innych dyscyplinach sportu (Maja Włoszczowska), które mają szanse na olimpijskie podium. Oby zdarzyły się też jakieś miłe niespodzianki. I niech plon medalowy będzie zdecydowanie pokaźniejszy niż w Pekinie czy Atenach.
7. Liverpool w czołówce Premiership sezonu 2011/2012.
Aby to marzeni się spełniło Liverpool musi przestać grać jak... cóż, Liverpool. Kenny Dalglish musi czym prędzej znaleźć lek na fatalną skuteczność (ale niech zostawi Roberta Lewandowskiego w spokoju, bo go nam na Wyspach jeszcze połamią:) i nauczyć drużynę grać z teoretycznymi słabeuszami, stawiającymi na żelazną obronę i atak w starym dobrym stylu kick-and-rush. Takie koszmarki jak ostatnie mecze z Wigan i Blackburn muszą się skończyć. Bo to, że Citizens złoili skórę The Reds jest po prostu wyznacznikiem różnicy jaka dzieli te drużyny w chwili obecnej. Ale Tottenham, Chelsea i Arsenal są w zasięgu Liverpoolu i z nimi o miejsce dające prawo startu w eliminacjach Champions League można i trzeba powalczyć. A w przerwie letniej znaleźć MĄDRE wzmocnienia. Zaczynając od środka pola, gdzie ciągle nie wypełniono dziury po Xabim Alonso. Przez obronę, bo Martin Skrtel momentami zaczyna niebezpiecznie przypominać Arkadiusza Głowackiego. A skończywszy na ataku, gdzie należy oddać, choćby i za darmo Andy Carrolla i kupić piłkarza, który mógłby współpracować na boisku z Luisem Suarezem. Idealnym kandydatem byłby pewnie... Diego Forlan, ale wątpie czy The Reds byłoby na niego stać. Gdyby tylko mieli te 35 milionów funtów, które wydali na Carrolla... A może 22-letni snajper reprezentacji Anglii w najbliższych miesiącach udowodni mi, że się na nim nie poznałem i zacznie strzelać jak na zawołanie...:) Poczekamy, zobaczymy.
Oczywiście nie sposób zmieścić w jednej notce wszystkie moje kibicowskie życzenia. Pominąłem choćby nasze siatkarskie i piłkarskie kluby, a za nie też gorąco trzymam kciuki. Ale niech spełni się chociaż część z nich, a będzie to, sportowo, niezwykle udane 12 miesięcy.
Pozdrawiam wszystkich kibiców.
Wszystkiego dobrego w Nowym Roku.
wtorek, 13 grudnia 2011
Stracona szansa.
Nie udało się. Real Madryt uległ Barcelonie 1:3 w sobotnim El Clasico.
Wielka szkoda. Tym bardziej, że było to pierwsze ligowe starcie obu zespołów od ponad trzech lat, które Królewscy faktycznie mogli wygrać. Barca nie była zespołem wyraźnie lepszym. Co więcej, w pierwszej połowie to Real zdominował boiskowe wydarzenia. Objął błyskawicznie prowadzenie, miał szanse by wynik podwyższyć. Niestety, głupia strata piłki w środku pola skończyła się błyskawiczną kontrą Barcy i bramką Sancheza, dającą remis, który utrzymał się do przerwy. Drugą część gry również lepiej rozpoczęli podopieczni Mourinho. Ostry pressing zmuszał graczy Dumy Katalonii do błędów i pozwalał na wyprowadzanie kolejnych akcji ofensywnych, brakowało jednak pomysło na ich skuteczne wykończenie. Po czym przyszła nieszczęsna 55 minuta, strzał Xaviego, pechowa interwencja Marcelo, rykoszet i piłka po odbiciu od słupka wpadła do bramki obok rozpaczliwie interweniującego Ikera Casillasa. Jednak to też nie załamało Los Merengues i nadal prowadzili z Barcą wyrównaną rywalizację. Przełomowa okazała się 65 minuta meczu. Najpierw Real nie wykorzystał stuprocentowej okazji na wyrównanie (po znakomitym dośrodkowaniu Xabiego Alonso fatalnie spudłował Cristiano Ronaldo), a chwilę później Blaugrana przeprowadziła piękną kontrę, którą skutecznym strzałem zakończył Cesc Fabregas. Od tego momentu zaznaczyła się przewaga drużyny Pepa Guardioli. Real wyraźnie ''zgasł''. Robił co mógł Mourinho, wprowadzając na boisko Kakę za rozczarowującego Ozila i Higuaina za zmęczonego Di Marię. I niewiele zabrakło, by zmiany przyniosły pożądany efekt. Po indywidualnej akcji Benzemy Higuain był bliski skierowania "strzałopodania" Francuza do siatki (chyba sam Benzema nie wie czy uderzał na bramkę, czy chciał podać do kolegi z zespołu). Z kolei po uderzeniu Brazylijczyka Valdes interweniował z niemałymi kłopotami. Poza tymi dwoma akcjami, to Barca jednak dominowała w ostatnich minutach spotkania. Prawdziwy koncert rozgrywał Andres Iniesta (zdecydowanie najlepszy gracz sobotniego meczu), który miał nawet okazję by ukoronować swój występ bramką, ale skutecznie bronił Casillas. Do końca nic już się nie zmieniło i kolejna porażka Realu w klasyku stała się faktem.
Po meczu nie byłem nawet specjalnie zły na drużynę. Bo naprawdę Królewscy zagrali dobrze. Taktyka, ustalona przez Mourinho, była trafna. Pressing na całym boisku, twarda, nieustępliwa defensywa, pozostawienie Pepe dużej swobody w "śledzeniu" i powstrzymywaniu poczynań Messiego w dużej mierze zdało egzamin. Nawet jeśli Argentyńczyk zdołał kilka razy w swoim stylu ruszyć na bramkę Realu, najczęściej zagrożeniu udawało się odpowiednio wcześnie zapobiec. Z drugiej strony szybkie wyprowadzanie akcji, z udziałem obu skrzydeł i podłączaniem się bocznych obrońców pozwalało skutecznie przenieść ciężar gry pod pole karne Barcy i kilkukrotnie stworzyć poważne zagrożenie.
Gdzie w takim raziem tkwi problem? Dlaczego mimo wszystko nie udało się wygrać?
Szczęście to jedno i faktycznie w sobotnią noc graczom w białych strojach go brakowało. Ale powodów porażki jest więcej i to istotniejszych. Po pierwsze: indywidualne błędy. Grając przeciwko tak silnej i klasowej drużynie jak Barca nie wolno beztrosko tracić piłki w środkowej strefie boiska. A to piłkarzom Realu zdarzało się zdecydowanie zbyt często (szczególnie celował w takich zagraniach Sergio Ramos). Po drugie: boczni obrońcy. Zarówno Fabio Contreao, jak i Marcelo to dobrzy piłkarze. I obaj w ostatnich miesiącach prezentują się na swoich pozycjach coraz lepiej. Niestety okazuje się, że to wciąż za mało na Barcelonę. Contreao był momentami w dziecinny sposób ogrywany, szczególnie przez Andresa Iniestę. I to on spóźnił się z interwencją, gdy trzecią bramkę dla Blaugrany strzelał Cesc. Marcelo, choć zaprezentował kilka znakomitych defensywnych akcji, to parę razy również dał się łatwo "objechać" Messiemu, Alvesowi czy Sanchezowi. I wreszcie po trzecie: Cristiano Ronaldo. Przed meczem pisałem, że jednym z kluczy do zwycięstwa nad Barcą jest postawa trzech piłkarzy: Di Marii, Pepe i Crisa. O ile do dwóch pierwszych nie mam zastrzeżeń o tyle Ronlado uważam za jednego z najsłabszych aktorów sobotniego widowiska. Nie dość, że jego dryblingi i indywidualne akcje, nie przynosiły większego pożytku drużynie, to jeszcze spartaczył dwie idealne okazje do zdobycia bramki. Najpierw, przy stanie 1-0 mając czas, miejsce i na dokładkę kompletnie niepilnowanego Di Marię tuż obok, na 15 metrze przed bramką Valdesa, uderzył niecelnie. W drugiej części gry, gdy Real przegrywał 1-2 i bardzo potrzebował wyrównania, spudłował strzał głową z 8 metrów. Gracz pretendujący do miana najlepszego piłkarza świata i kreowany na lidera Królewskich musi takie sytuacje wykorzystywać. Niestety kolejny raz Ronaldo nie potrafi sprostać wyzwaniu w kluczowym momencie. I nie chodzi tu o brak ambicji, bo w każdym meczu walczy on niemal do upadłego. Problem chyba tkwi w psychice, nieumiejętności radzenia sobie z presją. Mam zresztą wrażenie, że jest to bardziej ogólne zagadnienie jeśli chodzi o mecze z Barcą i dotyczy również innych członków drużyny i ich postawy na boisku. Oczywiście, na tle tak znakomitej ekipy jak Barcelona trudniej jest zaprezentować pełnię umiejętności i imponować tak jak przeciwko słabszym rywalom, ale klasą przeciwnika nie da się wytłumaczyć koszmarnych strat, niecelnych podań, spudłowanych strzałów.
Uważam, że przede wszystkim z tą kwestią musi się zmierzyć Jose Mourinho w perspektywie kolejnego El Clasico. Piłkarsko Real prezentuje się coraz lepiej i znając styl i efekty pracy The Special One, na wiosnę może być jeszcze mocniejszy. Ważne jednak by w perspektywie spotkań o wielką stawkę, zarówno w Hiszpanii jak i rozgrywkach europejskich drużyna była również przygotowana mentalnie. Niewykluczone bowiem, że FC Barcelona stanie na drodze Królewskich nie tylko w ligowym rewanżu na Camp Nou.
sobota, 10 grudnia 2011
Na kilka godzin przed El Clasico.
Najważniejszy mecz rozgrywek hiszpańskiej Primera Division rozpocznie się za kilka godzin na madryckim Estadio Santiago Bernabeu. Po raz pierwszy od kilku lat naprawdę ciężko wskazać faworyta tego spotkania.
Real Madryt pod okiem Jose Mourinho zrobił gigantyczny postęp. Solidna, rozumiejąca się linia defensywna (nawet Marcelo nabył kilka pożytecznych umiejętności:), błyskawiczny i zabójczo skuteczny atak, połączone doświadczoną i harmonijnie funkcjonującą formacją środka pola od dwóch miesięcy pokonują każdego rywala, który stanie na ich drodze, najczęściej odprawiając go z pokaźnym bagażem bramek. Tyle, że dziś do stolicy Hiszpanii nie zawita kolejny, zwykły przeciwnik, tylko najlepsza obecnie drużyna klubowa na świecie - FC Barcelona.
Określana, przez ekspertów i komentatorów przeróżnymi epitetami, najczęściej oscylującymi wokół genialna, idealna, porywająca, ekipa Pepa Guardioli wygrała już właściwie wszystko co było do wygrania w światowym futbolu. Od paru lat niemal nie strącana z piedestału, w tym sezonie imponuje nieco mniej. Po części ze względu na kłopoty zdrowotne graczy, po części także ze względu na próby wdrożenia przez Guardiolę nowych rozwiązań taktycznych, Barca zaliczyła kilka drobnych ligowych wpadek, skutkujących 6-punktową, na chwilę obecną, stratą punktową do Królewskich. Oczywistym jest natomiast, że bez względu na wahania formy w poprzednich tygodniach, dziś znów zobaczymy Dumę Katalonii w pełnej krasie, grającą swój najlepszy futbol. To jedno ze spotkań, na które wysyceni triumfami gwiazdorzy Barcelony mobilizują się w sposób wyjątkowy i za wszelką cenę dążyć będą do zwycięstwa.
Dlatego nie zgadzam się stanowczo ze stwierdzeniem, że Real Madryt jest faworytem dzisiejszego El Clasico. Ale uważam, że drużynę Jose Mourinho w obecnej formie, stać na rzucenie wyzwania Blaugranie, stać na wyrównaną walkę, może nawet stać na wygraną. Dużo zależy od postawy Cristiano Ronaldo, Angela di Marii i Pepe. Reszta zespołu jest w miarę przewidywalna i możemy od niej oczekiwać nieustępliwej, ambitnej walki i uważnej realizacji planu taktycznego nakreślonego przez The Special One. W przypadku Crisa, ważne jest czy nie spali się psychicznie w obliczu wielkiego wyzwania (jak to często ma w zwyczaju) i czy przedłoży grę zespołową nad indywidualne popisy (na szczęście ostatnio dużo poprawiło się w tej kwestii). Di Maria to piłkarz kluczowy w poczynaniach ofensywnych drużyny, zarówno jeśli chodzi o słynne już, "ultradźwiękowe" kontrataki Realu, jak i pozycyjne rozgrywanie akcji. I jeśli skupia się na grze, to może dwoma-trzema wspaniałymi zagraniami przechylić szalę zwycięstwa na stronę Los Merengues. Niestety czasami znacznie więcej wysiłku wkłada w "impresję cierpiętnika", która jest równie efektowna, co żałosna i rzadko przynosi jakiekolwiek korzyści drużynie. A Pepe, może okazać się tarczą obronną nie do przejścia, wyłączającą z gry gwiazdy Barcy, ale może też skończyć mecz przedwcześnie, z czerwonym kartonikiem, po brutalnym ataku na rywala. Jeśli Ci trzej Panowie opanują swoje negatywne instynkty i utworzą z resztą kolegów z drużyny prawdziwy monolit, podporządkowany rozkazom Jose Mourinho to możemy z nadzieję oczekiwać na wieczorne spotkanie.
A jeśli już o kontrowersyjnym szkoleniowcu Królewskich mowa, to on chyba, w obliczu El Clasico zaskakuje najbardziej. Skupiony, niemal milczący, spokojny (pozornie?), nie wdający się w szermierkę werbalną, nie stosujący prowokacji. Ciekaw jestem jakie są powody, conajmniej intrygującej, postawy portugalskiego trenera. Czy tak bardzo wierzy w swoich podopiecznych? Czy czuje, że faktycznie są gotowi na wyzwanie? Niedługo się przekonamy.
Atmosfera wśród fanów obu ekip robi się coraz bardziej nerwowa i gorąca. Oby piłkarze mieli tym razem nieco chłodniejsze głowy niż w ostatnich kilku meczach między Realem i Barceloną. Bo, pomijając wszystkie inne kwestie, najbardziej chciałbym zobaczyć dziś znakomite, emocjonujące widowisko piłkarskie, a nie pokaz agresji, prowokacji, aktorstwa, mający mało wspólnego ze sportem.
poniedziałek, 05 grudnia 2011
Mała łyżka dziegciu w wielkiej beczce miodu.
Generalnie o występie Polaków w zakończonym w niedzielę turnieju o Puchar Świata można wypowiadać się jedynie w superlatywach. Po raz pierwszy od 46 lat Biało-Czerwoni stanęli na podium tego turnieju. Wywalczyli kwalifikację olimpijską uzyskując jednocześnie czas na odpoczynek po ciężkim sezonie i spokojne przygotowania do najważniejszej imprezy sportowej. Wyprzedzili cały zastęp znakomitych drużyn należących do światowej czołówki z mistrzami i wice-mistrzami świata, mistrzami Europy i mistrzami olimpijskimi włącznie. Rozegrali kilka wspaniałych spotkań jak choćby miażdżące triumfy nad Kubą i USA, czy epicki, zwycięski dreszczowiec z Włochami. Zaprezentowali się jako najbardziej wyrównana drużyna w całej stawce, która na każdej pozycji ma zawodników zdolnych do pełnienia roli lidera i zainspirowania reszty zespołu swoją znakomitą grą (nieprzypadkowo w każdym wygranym przez Polaków spotkaniu inny gracz naszej drużyny odbierał nagrodę Most Impressive Player). Wspaniale drużynę prowadził trener Andrea Anastasi, umiejętnie operując zmianami w trakcie meczów i przygotowując zespół taktycznie do rywalizacji z każdym, często prezentującym odmienny styl, przeciwnikiem.
A jednak, choć jestem z naszych chłopaków bardzo dumny i cieszę się niezmiernie z osiągniętego przez nich sukcesu, towarzyszy mi uczucie małego niedosytu. Rozumiem, że po wygraniu dwóch setów meczu z Brazylią (zresztą zagranych przez Biało-Czerwonych na niemal kosmicznym poziomie), radość z awansu olimpijskiego mogła trochę zdekocentrować Polaków. Niemniej jednak prowadzili oni w 3 partii 13:8 i mieli wielkich Canarinhos na przysłowiowym ''widelcu''. Mogli po blisko dekadzie wreszcie pokonać ich w meczu o dużą stawkę i pozbyć się ''kompleksu Brazylii'', o którym tak wiele się w kontekście naszej reprezentacji mówi. I niestety tą szansę zaprzepaścili. A już to co zrobili w ostatnim meczu turnieju, przeciwko Rosji, zupełnie nie mieści mi się w głowie. Jak można prowadząc w tie-breaku 14:9, przegrać mecz? Ja wiem, że to już był od momentu wygrania przez Sborną trzeciego seta, mecz o pietruszkę. I wiem, że obie drużyny były już myślami w szatni, a wyeksploatowane morderczym turniejem organizmy odmawiały już siatkarzom posłuszeństwa. Ale wystarczył jeden, maleńki punkcik, by zakończyć turniej zwycięstwem. A zamiast tego wyszła, trochę wstydliwa jednak, porażka. Żeby było jasne, nie mam pretensji o to, że Polacy ulegli Brazylii i Rosji po 2:3. To dwie wspaniałe, piekielnie silne drużyny i taki rezultat ujmy Biało-Czerwonym nie przynosi. Chodzi mi o okoliczności tych porażek, które na niemal idealnym występie reprezentacji Polski w Pucharze Świata 2011, zostawiają małą, ale zauważalną, rysę.
Z drugiej strony, może to dobrze, że tak się to wszystko skończyło? Może to będzie dodatkowy bodziec do dalszej pracy i rozwoju dla naszej drużyny. Może tym bardziej nie pozwoli jej spocząć na laurach i zaowocuje jeszcze lepszą grą na Igrzyskach Olimpijskich. I może tam, w najważniejszych meczach, decydujących o olimpijskiej chwale, to Biało-Czerwone Orły będą o ten jeden set lepsze od swoich rywali.
|
|